dwadziescia-kilo-temu blog

Twój nowy blog

w międzyczasie gdzieśtam znów dotarłam do niebezpiecznej krawędzi urwiska, krok dzielił mnie od upadku w przepaść wagi trzycyfrowej ;)
ale schudłam, i chudnę nadal – w zasadzie na bazie najprostszej z diet – diety MŻiRD, czyli mniej żryj i rusz dupę…
z lekkim wspomaganiem farmakologicznym z uwagi na insulinooporność, PCOS, posrane hormony i inne przygwizdy zdrowotne ;)

coś mi się w głowie po przestawiało, priorytety się zmieniły, nie dla lansu i bansu to robię, ale dla zdrowia, dla siebie, dla chłopa, żeby babę zdrową i ładną miał, i ku płodności przede wszystkim.

za rok ślub, więc przy okazji będę też wyglądać :)

2 tygodnie

3 komentarzy

idzie w miarę, na uderzeniówce zgubiłam 5kilów, potem się bujnęłam do góry na warzywach 1kg,
potem zeszło to i jeszcze trochę, jest git.
komponowanie posiłków nie jest jakoś szczególnie uciążliwe, planowanie o niebo łatwiejsze niż na MM,
uciążliwe jest dla mnie tylko to latanie do kuchni,
ofkoz zwykle czegoś zapomnę i latam 5 razy w te i nazad w międzyczasie gotowania.
poza tym ja nie gotuję i nie piekę wg przepisów, bo jestem pod tym względem upośledzona,
ale mam za to dobre oko, więc muszę potraw doglądać.
a nie jest łatwo doglądać ciasta, które się piecze w drugim skrzydle budynku…
no i tak łażę…
ale co tam, trochę ruchu przynajmniej, bo w robocie siedzę na dupie,
jak siędę w labie na tym krześle jeżdżącym, to się tak odpycham nogamy i 2h po całym pomieszczeniu,
od boxu do cieplarki, od cieplarki do wirówki, do mikroskopu i dzie bądź,
i dupy nie podniosę, bo po co :]

nie zastanawiam się szczególnie czy ten Dukan zabija czy nie, nie mam zamiaru tu agitować w tę czy inną stronę,
szczerze mówiąc nie wydaje mi się żeby miał jakkolwiek zaszkodzić zdrowej i myślącej osobie stosującej się do zasad
(a z myśleniem niektórzy mają problem, bo „po co pić tyle wody, nie będę piła” albo „nie będę jeść otrąb bo nie lubię”),
o Montignacu też mówili, że niebezpieczny, a niektórzy ponoć wychodzili z niego z cukrzycą jakimś cudem,
pitolenie o szopenie mię nie interesuje, swój rozum mam, na biologii się znam trochę bardziej niż przeciętny człowiek,
badania se kontrolnie za 2 tygodnie zrobię, także tego.

trochę się za bardzo dałam ostatnio wkręcić w te słodkie czekoladowe pierdy i ciasta,
ale pomału przestają mi smakować, więc może pozostanę przy mięchu i jedzeniu twarogu na słono ;)

kije przyszli, co ciekawe z Jeleniej Góry (zakupione na niemieckim ebay’u :P),
ale polazłam z nimi ino raz, bo ciągle pada i jest zimno a ja pierdolę taki interes, żeby gdzieś łazić w deszcz.

wściek macicy mam, chce mi się gździć i nie mam z kim.
ale jakoś szczególnie sfrustrowana nie jestem,
chyba nawet bardziej niż gździć się to lubię spać.
a spać mogę do woli, i nie potrzebuję nikogo do spółki :)

pierwszemu na imię było Michel, i prowadziłam się z nim przyzwoicie dosyć długo,
aż w końcu się puściłam i nic już z tego nie zostało ;)

temu nowemu mówią Pierre, i podobno jest jeszcze lepszy w pewnych rzeczach od Michela,
ale póki nie sprawdzę, to się nie przekonam ;)
od poniedziałku prawdopodobnie zaczniemy się spotykać na poważnie,
obiecał zrobić ze mnie gwiazdę do lipca, zobaczymy…

no, w sensie dukanować zaczynam na dniach…
oswajam się z tą myślą od ponad miesiąca, więc obżarłam się na święta na zapas,
co może nie jest mądre, ale jak się podchodzi pod setkę, to już wsio rawno,
w międzyczasie zapoznałam się z możliwościami diety proteinowej
i jej zdumiewającymi efektami u innych – znajomych, nawet rodziny :)

dodatkowo przed końcem tygodnia nabędę kije do Nordic Walking,
bo obecnie na tym niemieckim padole łez przyszło mi mieszkać w sąsiedztwie
największego ogrodu botanicznego w Niemczech a może i w Europie,
więc łazić jest gdzie :)

jak śniegi stopnieją i trochę już będę lżejsza, to zacznę biegać,
póki co spacery z kijkami :)
a w najbliższych dniach czeka mnie wyprawa po patelnię grillową,
bo swoją zostawiłam mamie,
blaszkę do pieczenia, bo też wszystko rozdałam przy wyprowadzce,
muszę się też dokładnie zorientować czy dostanę tu niektóre produkty,
bo może być z nimi problem, gdyż jak dotychczas ich nie napotkałam,
a jeśli nie napotkam nadal, to będę musiała paczkę żywnościową z Polski zamówić ;)

i jestem pozytywnie nastawiona, po raz kolejny – trzeba coś ze sobą zrobić,
póki jeszcze jestem poniżej pułapu trzycyfrowego ;)

będzie to lekka ekwilibrystyka logistyczna, biorąc pod uwagę,
że nie mam w zasadzie lodówki, a jedynie swoją ‚skrytkę’ w kolektywnym EisFinku
we wspólnej kuchni… ;)
ale nie takie rzeczy się robiło, także tego :)

bezenzu

1 komentarz

no super, pojechałam do domu na tydzień i żarłam.
tam się nie da inaczej, upał aż kipi, a obiad z trzech dań i wielka obraza, że nie chcesz zjeść.
ale się też opaliłam! spaliłam, jeśli chodzi o ścisłość i skóra właśnie ze mnie złazi jak z węża, ale co tam, chyba jedyny raz w życiu mam taką ciemną skórę :P

dziś zjadłam niejako mmowe śniadanko z desek z pastą ciecierzycową i pomidorem,
a potem dopiero o 18 rosół czy nie wiem co, zupę rybną na łososiu. od tego upału jeść się nie chce, ble.
swego czasu nabyłam w Tesco łososia patroszonego, własnoręcznie oskrobałam i pokroiłam na dzwonka,
i tak mi się został łeb i kawałek od ogona, więc dziś w ramach likwidacji zapasów zamrażarkowych przed przeprowadzką – popełniłam zupę, całkiem smaczną.

czas się pomału pakować czy coś, a ja zupełnie nie mam na to ochoty, te upały mnie wyzuły z wszelkiej chęci działania.
dziś miałam załatwić tyyyle spraw, ale nawet nie wyszłam z domu. zasadniczo musi być źle skoro nie wyszłam nawet mimo tego, że wożę dupę autem i nie muszę dzielić luksusu podróży komunikacją publiczną z tłumem spoconych ludzi, mogę się pocić w samotności przy muzyce z mamma mia!
jutro pewnie też nic nie załatwię, ale przynajmniej wieczorem idę na piwo. piwo to zło, ale co robić jak trzeba.
szczęśliwie napisałam przynajmniej te kilka maili, które miałam napisać już dawno temu, upociłam się pisząc po obcych językach, ale jest coraz lepiej, nie zapomniałam ich tak zupełnie, jak się obawiałam, że zapomniałam.

kolejne sprawy, które ciągle odkładam, to dostarczenie do dziekanatu zdjęć do dyplomu, na co termin upłynął miesiąc temu (bo mam takie niewyjściowe i liczę, że zrobię ładniejsze), oddanie do biblioteki zestawu repetenta z chemii fizycznej, które przetrzymuję jakieś 4 lata (bo się aż boję jaką mi karę dowalą), opracowanie reszty danych do publikacji (bo mi program do analizy sekwencji nie działa pod Windows7), publikacja (no bo nie mam danych), skończenie innych badań, które załatwiłabym w tydzień, a pieprzę się z nimi od dwóch miesięcy (bo mi się nie chce), przeprowadzka (odroczona o miesiąc), pakowanie (odroczone wraz z przeprowadzką, zresztą przecież mam samochód, to się jakoś przewiozę), pisanie projektu doktoratu (bo w językach obcych, a w ogóle to mam tyle na głowie, przeprowadzka, publikacja, badania…).
myślę, że u mnie odkładanie wszystkiego na ostatnią chwilę (miałam oddać w zeszły poniedziałek część artykułu do sprawdzenia profesorowi, zabrałam się za pisanie w niedzielę o 23…) to jest trochę patologiczne, jakaś prokrastynacja czy coś. to nawet nie jest to, że ja jestem leniem, bo owszem, jestem, ale nawet lenia idzie jakoś zmobilizować, zmotywować, mnie nie rusza nic. nie potrafię się zestresować, że nie zdążę, nie potrafię się przejąć konsekwencjami, pracę magisterską, publikacje, przygotowania do egzaminów, wszystko na ostatnią chwilę.
dodatkowo gdyby ktoś obserwował moją korespondencję z Thomasem, tj. moim słodkim niemieckim promotorem, mógłby odnieść wrażenie, że jemu zależy bardziej niż mi; i to może nie to, że tak jest w rzeczywistości, choć faktycznie jego zaangażowanie w sprawę ciężko jest przebić, ale ja jakoś tak bardzo to wszystko odwlekam, ze wszystkim zwlekam, jakbym nie wiem, bała się, że się może udać. albo może wcale nie chcę jechać, i liczę, że mu się odechce.
chociaż chyba chcę. fakt, sama w wielkim mieście, ale przynajmniej z jakimiś sensownymi pieniędzmi, z palcem w dupie będzie mnie stać na wynajęcie kawalerki, a loty do Poznania i Gdańska są tańsze niż bilet na pociąg pomiędzy tymi dwoma miastami :) pewnie będę w domu częściej niż w czasie studiów…

i tak sobie myślę, jak na razie, się układa. mimo, że zostawię za sobą szansę na prawdopodobnie TEN związek, ale co tam, jak ma być to będzie, a jak nie to i siedzenie tutaj by nie pomogło.

hm, zastanawiam się czy muszę Fidlowi wyrobić jakiś paszport, czy też wystarczy utrzymywać, że to niemiecki kot i znalazłam go po przyjeździe w piwnicy… xD chyba jeśli przewiezę go autem, to mogę udawać, ale do samolotu bez paszportu nima bata…

### erase

1 komentarz

no nic to, zaczynamy od początku.
88,2 na liczniku dziś, czyli prawie odrobiłam kilogramy sprzed dwóch lat.
na szczęście jeszcze nie wszystkie, a konieczność zakupienia sukienki na bal absolutoryjny otworzyła mi oczy,
że jednak nie mam figury, jaką myślałam, że mam.
oczywiście ze względu na cyc sukienka musiała być lekko (2 rozmiary…) za duża,
ale na szczęście miała taki fason, że tego nie było zbytnio widać.

w każdym razie,
od prawie miesiąca jestem magister inżynier,
co jednocześnie oznacza, że od prawie miesiąca jestem bezrobotna.
a właściwie pracuję, ale za darmo, więc jestem bezrobotna na wolontariacie.
tak się pracuje w polskiej nauce, no cóż.

coraz wyraźniejsza jest szansa na rychłą emigrację do sąsiadów zza zachodniej miedzy,
która spadła totalnie z nieba i właściwie spowodowała, że olałam szukanie pracy w Polsce.
mam nadzieję, że mój potencjalny przyszły promotor doktoratu nie zniechęci się do swojego szalonego pomysłu,
by mnie tam ściągnąć, płacić mi meny ojro i upierać się przy przekonaniu, że to była dobra ideła.
głupi ma szczęście, jak to mówią, i ja jestem najpełniejszym uosobieniem tegoż sprichwortu,
a przynajmniej, mam szczęście naukowo-zawodowe, bo o osobistym to szkoda gadać.

siedzę w tym mieście bez sensu, nic mi się nie chce robić, pojechałabym lepiej do domu,
a tak chodzę od dwóch tygodni z kąta w kąt i udaję, że cokolwiek robię, że piszę publikację,
i wydaję horrendalne pieniądze na luksus picia i żarcia w knajpach,
czego czynić nie powinnam, bo jakby nie zarabiam,
należałoby zatem oszczędzać.

a we wrześniu wesele przyjaciół, poszaleli z tymi weselami,
no ale, poczułam, że muszę schudnąć.
miejmy nadzieję, że dychu zrzucę,
rower poszedł w ruch, nawet biegałam… raz, w zeszłym tygodniu… :P
jem niewiele, a jak już jem to MM-owo, choć nie jest to wybitny Montignac.
nie chce mi się.
liczę, że ruch załatwi sprawę. obym się nie myliła :)

uh

Brak komentarzy

dziś była tabliczka czekolady, resztki z wczorajszej imprezy,
w tym też butelka wina,
a potem kolejna impreza,
więc whisky i różne zakąsko-zagryzki,
na bogato, choć bieda aż trzeszczy ;]

ogólnie i tak czuję się jakaś taka chudziejsza,
więc może nie będzie źle ;p

wkurza mnie to, że nie mam pracy,
która przynosiłaby mi jakieś sensowne pieniądze.
póki co ciułam jakieś 200zł miesięcznie na sprzątaniu,
i to jest bieda.

czas rozejrzeć się za pracą w zawodzie.
choć może najpierw powinnam napisać magisterkę,
co wcale nie jest takie proste jak mogłoby się wydawać.

idę spać, wreszcie.
kot dostał wścieku dupy, lata i drze mordę,
moje przesunięcia w rytmie dnia źle na niego wpływają.

wzięło w łeb zasadniczo.
ale co tam.

mam 24 lata, wypiłam 2 butelki wina, objadłam się jak świnia,
dostałam zajebiste prezenty.
jest całkiem fajnie, a chuda też kiedyś będę.
kiedyś w ogóle wszystko będzie super.
jeszcze nie wiem co dokładnie, ale będzie.
co ma nie być :)

no dałam dupy, nie ma co.
w czwartek skończyłam w sfinksie na shoarmie z frytkami, popitej pepsi,
swoją drogą nie cierpię żarcia tam, ale koleżanka umierała z głodu,
a i ja byłam głodna, bo nie zdążyłam zjeść obiadu w pracy,
gdyż dostałam takiego rozpędu przy produkowaniu prób na sekwencjonowanie,
że musiałam potem gnać na złamanie karku na seminarium magisterskie w mym własnym wykonaniu,
które poszło bardzo nieźle, pomijając to, że prezentację zapisałam w nieodczytywalnym przez archaiczny uczelniany sprzęt formacie,
co wymusiło chwilę przerwy, nim doktorantka poradziła sobie ze zmianą formatu na innym komputerze,
a potem się nieco rozgadałam, a do tego dostosowałam formę wypowiedzi do stylu audytorium,
więc wsadziłam łapę w kieszeń i poleciałam z paroma kolokwializmami :D
ale co tam, naukowość ode mnie bije :p

jeśli chodzi o dalsze dawanie dupy, to wczoraj nie dałam (!), było ok,
ale dzisiaj po obiedzie niestety naszło mnie na czekoladę,
zjadłam jakąś niby >70% kakao, ale miała cukier i cośtam,
a później dałam się namówić na kawę i zajebiste ciasto czekoladowe, szejm on mi…
na kolację zjadłam sałatkę grecką i wędzoną makrelę,
ale potem pojechałam do kerfura i przy kasie chwyciłam w ostatniej chwili colę ZERO,
którą właśnie opróżniłam…

nie powinno się mnie w ogóle wypuszczać samej do marketów.
każdorazowo kończy się to wydaniem pieniędzy na mnóstwo zbędnych pierdół,
na szczęście zwykle nadających się do zjedzenia,
ale i tak kupowanych bez sensu na zapas…

ze zbędnych pierdół kupiłam jakąś chemię do czyszczenia tapicerki samochodowej, deski rozdzielczej i cośtam jeszcze,
i jutro przy niedzieli mam zamiar uświęcić dzień doprowadzeniem wnętrza mego auta do stanu przyjemnej czystości,
bo niestety nosi jeszcze ślady trzymiesięcznego pobytu w różnych podejrzanych warsztatach, od mechanika po lakiernika ;]
wprawdzie już nie wzbijają się tumany pyłu przy klepnięciu w siedzenie fotela,
ale na przykład w bagażniku dzieją się rzeczy niesłychane, więc no, jak będzie pogoda, to wiosna dopadnie gofra.

miałam iść spać na brudasa, bo mi się okrutnie nie chciało zbliżać do wanny,
po tym jak zlały mnie dziś siódme poty podczas szorowania tego reliktu minionego ustroju politycznego,
ale właśnie przez wzgląd na te poty postanowiłam jednak się zmusić.
dodatkowo upociłam się też podczas parkowania, choć bardziej psychicznie,
bo jedyne miejsce jakie znalazłam o 22 było między latarnią i matizem, a nie było go za wiele.
dałam radę wszakże, parkować tyłem to ja jednak umiem, natomiast z jeżdżeniem przodem bywa różnie ;]

o kąpaniu napisałam z tego względu, że niestety spojrzenie w lustro natchnęło mnie do obcięcia sobie grzywki,
bo wiadomo, 5zł na fryzjera szkoda :]
w sumie nie wyszło to najgorzej, zobaczymy jutro, jak se znowu ufarbuję włosy,
co zrobić muszę, bo wczoraj miałam bielmo na oczach kupując farbę i kupiłam jaśniejszą niż zwykle,
skutkiem czego mam rudy czubek łba, teoretycznie orzechowy, jak dla mnie chamsko rudy :]
nawet i chciałabym mieć takie włosy, ale niekoniecznie na długości jedynych 4cm od skóry :]
o bogowie, za jakie grzechy musiałam przejąć po ojcu skłonność do przedwczesnego siwienia.

wracając do dawania dupy, to jutro znów dam, bo przyjedzie koleżanka z krewetami i piwem,
nie da się żyć z chudymi, oj nie da.
potem koncert, więc już w ogóle nie ma mowy.

a za tydzień do domu, i chuj bombki strzelił, jak to mówią, bo trza żryć co dają.
na szczęście święta jajeczno-kiełbasiane są łatwiejsze do zememowania niż pierogowo-rybne.
u mnie się ciast nie jada, bo wolimy mięso, więc wystarczy nie zagryzać chlebem :D

14

1 komentarz

właściwie powinnam zacząć odliczanie od początku, bo ponieważ
wczoraj wieczorem dałam się wyciągnąć do miasta,
co skończyło się na 4 piwach (lokalnych specjałach o wzmocnionej procenturze…)
i 5ciu papierosach.
i pierwszy raz w życiu mam kaca, jeszcze teraz, coś niebywałego…
a miałam dziś zadeklamować promotorce moją prezentację,
czego nie uczyniłam, gdyż dobra kobieta ta domyśliła się była wszystkiego, bo ciężko było nie zauważyć,
że od rana połowa zespołu ma światłowstręt, źle znosi wysokie dźwięki i silnie się nawadnia,
a ja dotarłam do pracy o 12, dosyć blada i niewyraźna, więc zaproponowała bym prezentowała się jutro.
dodatkowo jeszcze była dzisiaj jej biba habilitacyjna, na której to zjadłam pierwszy i jedyny dziś posiłek,
raczej nie MMowy, popity do tego mocną i słodką kawą, więc dzisiejszy dzień należy spisać na straty.

jak mnie przestanie bujać, to może zjem na kolację ciecierzycę w sosie pomidorowym z papryką i pieczarkami.
a jak nie, to nie.

a, chleb pokroiłam na kromki w keksówce i nawet udało się je wyciągnąć w miarę w całości :)
niestety, chlebek bardzo podmókł od spodu, przez to, że kurde stygł w foremce :/
ale i tak jest dobry :)

jutro na śniadanko będą kanapki z twarożkiem z rzodkiewką i szczypiorkiem,
na drugie może powtórka albo ciasto marchewkowe,
na obiad roladki ze schabu z pieczarkami i surówka z czerwonej kapusty z majonezem,
a na kolację makrela z sałatką grecką ;)

13

Brak komentarzy

nosz chorera by to wzięła.
upiekłam chleb.

Unlimited Free Image and File Hosting at MediaFire

jest piękny, pyszny, chrupiący.
tylko niestety nie miałam papieru, a jestem idiotką i nie posmarowałam oliwą blachy,
więc teraz muszę go barbarzyńsko wydłubywać z tej keksówki, co w ogóle nie służy kształtowi kromek…
bez sensu. może jak wykroję trochę, to dam radę jakoś go podważyć łopatką :(
dlaczego nie mam foremki silikonowej, łaj, łaj ;(
no nic, to taki przerywnik w ramach udawania, że robię prezentację na seminarium.
ogólnie wczoraj nieco zapłakałam nad swoją głupotą,
bo ostatnio się tak uwsteczniłam, że nie potrafię się po polskiemu wysłowić,
a już powiedzieć po polsku to, co właśnie przeczytałam po angielsku – to jest koszmar.
i rwę włosy z głowy nad paroma slajdami, walę głową w klawiaturę i tak dalej.
jestem głupia, co tu kryć.


  • RSS